Nauczyciele buddyzmu - cz. 7

Nauczyciele Sangharakszity - Dżamjang Khyentse Rimpocze (ok. 1893-1959)

(Jamyang Khyentse Chökyi Lodro / Dziamjang Khjentse Czoki Lodro)

Fragment wspomnień Sangharakszity ze spotkania z tym wybitnym lamą:

Przy pierwszym spotkaniu z Dżamjangiem Khjentse Rimpocze odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z prawdziwym mnichem. Z ogolonymi na krótko białymi włosami, z wydłużonymi dolnymi płatkami uszu oraz twarzą pociętą głębokimi bruzdami naprawdę wyglądał bardziej jak mahathera czyli członek starszyzny mnichów rodem z Birmy niż reinkarnowany lama tybetański. Kiedy wszedłem do jego pokoju wraz z Sonamem Topgajem, podniósł oczy sponad książki i kiedy zostałem mu przedstawiony, spytał: „Czy wiesz coś o tańcu?”. Musiałem niestety przyznać, że nie mam o tym zielonego pojęcia. Lekko zawiedziony, wyjaśnił Sonamowi, a Sonam przekazał mi, że studiując ostatnio Tendziur czyli obszerną pozakanoniczną kolekcję tekstów buddyzmu tybetańskiego przeczytał sporo na ten temat. Dwanaście ksiąg Tendziuru - wszystkie przetłumaczone z Sanskrytu - było poświęconych tańcowi i stanowiły one podstawę choreografii tzw. tańców tybetańskich lamów i właśnie stąd zainteresowanie Rimpocze tymi tekstami. Rimpocze był nie tylko zaawansowanym joginem, ale posiadał także wszechstronną wiedzę o wszystkim, co tybetańskie, a oprócz tego był gotów pogłębić swą wiedzę wypytując nawet swego przelotnego gościa z Zachodu.

Kiedy następnym razem spotkałem się z Kaczu Rimpocze powiedziałem mu o swoim spotkaniu z Dżamjangiem Khjentse Rimpocze. Był zachwycony, ponieważ darzył słynnego starego lamę ogromnym szacunkiem i uważał go za swego nauczyciela. Ale powiedział mi bez ogródek, że z tak wielkim guru jakim jest Dżamjang Khjentse Rimpocze, nie wystarczy się spotkać. Powinienem go poprosić o wangkur (inicjację tantryczną), a jako że Rimpocze, jak już samo jego imię wskazywało był uważany za manifestację Dżamjanga czyli Mandźiughoszy, bodhisattwy Mądrości, to powinienem poprosić właśnie o inicjację do tej praktyki. Kaczu Rimpocze powiedział to z takim przekonaniem i najwyraźniej kierowany pragnieniem, bym poczynił postępy w praktyce duchowej, iż nie pozostało mi nic innego jak posłuchać jego rady. Nie chciałem jednak iść śladem niektórych praktykujących buddyzm tybetański i kolekcjonować inicjacji w podobny sposób jak chłopcy w Anglii zbierali znaczki pocztowe (co rzadsze okazy były wysoko cenione wśród obu tych grup kolekcjonerów). Wangkur dawał dostęp do praktyki konkretnej sadhany (wizualizacji Buddy lub bodhisattwy) i musiałem mieć pewność, że chcę podjąć kolejną taką praktykę oprócz tej, którą już otrzymałem od Chattrula Rimpocze. W końcu uznałem, że naprawdę tego chcę i postanowiłem bezzwłocznie skontaktować się z Dżamjangiem Khjentse Rimpocze.

(aby czytać dalej kliknij na link linijkę niżej)

I tak w trzecim tygodniu października 1957 udałem się do Darjeeling, gdzie przebywał ten wielki guru tradycji Nyingma. Kaczu Rimpocze także mieszkał w Darjeeling, nie z Khjentse Rimpocze, lecz u tybetańskiej rodziny w pobliżu bazaru i wieczorem poszedłem w odwiedziny do swojego serdecznego przyjaciela lamy. Trochę porozmawialiśmy, po czym usiadłem, podczas gdy on odprawiał pudżę [rytuał] Lakszmi z okazji urodzin Tsering Chodron, która była dakini czyli duchową towarzyszką Khyentse Rimpoche. Znałem już Lakszmi z ludowego hinduizmu jako boginię przynoszącą bogactwo i powodzenie, dlatego mocno się zdziwiłem widząc reinkarnowanego lamę tybetańskiego odprawiającego długą pudżę na jej cześć. Dopiero później odkryłem, że ta bogini o czterech ramionach została wchłonięta do panteonu buddyjskiego i występowała pod imieniem Śri w Suvarnaprabhasa Sutra czyli w Sutrze Złotego Światła, tekście tradycji buddyzmu Mahajany, na którego temat miałem wygłosić serię wykładów wiele lat później. Przenocowawszy u znajomego bengalijskiego doktora, następnego dnia rano zaszedłem do domu, w którym mieszkał Kaczu Rimpocze i razem udaliśmy się to Cooch Behar House, który to dom zarządzający dystryktem Cooch Behar Maharadża oddał do dyspozycji Khjentse Rimpocze. [...] Rimpocze przyjął nas ze zwykłą sobie serdecznością nie tracąc zarazem nic ze swej dostojności. Kaczu Rimpocze mówił w moim imieniu, jak chyba ustaliliśmy obaj zawczasu. Stosownym do okazji kwiecistym tybetańskim powiedział, że towarzyszący mu angielski mnich chciał poprosić dostojnego mistrza o wangkur. Czy dostojny mistrz przychyliłby się do tej prośby. Wyraz twarzy Khjentse Rimpocze pokazał, że ta prośba sprawiła mu radość. Odparł, że przekaże mi nie jeden wangkur, lecz trzy lub cztery. Miałem się stawić w czwartek, ponieważ musiał sprowadzić z Gangtoku książki niezbędne do tej ceremonii. To była sobota.

W nocy z wtorku na środę źle spałem, nie dlatego, że byłem podekscytowany perspektywą otrzymania inicjacji od Khjentse Rimpocze, lecz z powodu trwającego od dwóch dni niezwykle bolesnego zapalenia dziąseł. Mimo to w środę popołudniu wyruszyłem do Darjeeling, bo chciałem być pewien, że nie spóźnię się na ceremonię następnego dnia. Kiedy rankiem 24 października po raz drugi w tym tygodniu wraz z Kaczu Rimpocze udaliśmy się do Cooch Behar House, nadal towarzyszył mi silny ból i prawa część mojej twarzy była mocno napuchnięta.

Sama inicjacja odbyła się w kameralnej atmosferze, a Khjentse Rimpocze przywodził na myśl dziadka czuwającego nad swoją duchową rodziną. Siedział ze skrzyżowanymi nogami na czymś w rodzaju tronu składającego się z trzech czy czterech dużych, kwadratowych, tybetańskich poduszek ułożonych jedna na drugiej. Przed nim stał wąski stolik, na którym znajdowały się dordże i dzwonek, naczynie z długim zakrzywionym dzióbkiem, niewielki garnek wypełniony ryżem i inne rytualne przedmioty. Po lewej stronie guru, na pojedynczej poduszce siedziała jego Dakini - jak ją z szacunkiem nazywano - a po jej lewej, także na pojedynczej poduszce siedziała Maharani Sikkimu. Po prawej stronie guru siedzieli kolejno jego osobisty asystant, jakiś mnich, Kaczu Rimpocze i mój dobry buddyjski przyjaciel Sonam Topgaj Kazi. Mnie przydzielono miejsce na wprost Rimpocze. (Później dowiedziałem się, że w tradycji hinajany w obecności nauczyciela należy na znak szacunku spuścić wzrok, ale że w Wadżrajanie patrzy się guru prosto w twarz.) Częściowo dlatego, że ceremonia odbywała się w języku tybetańskim (choć Sonam Topgaj tłumaczył wszystko to, co miałem powtarzać za Rimpocze), a częściowo dlatego, że dokuczał mi ból, niewiele pamiętam z tej skomplikowanej ceremonii trwającej od 10-tej do 14-tej. Pamiętam jednak, że dałem Dżamjangowi Khjentse w prezencie mandalę, czyli symboliczne przedstawienie wszechświata i mam też w pamięci wyraz szacunku, z jakim asystujący mu mnich podawał mu zakończony u góry szpiczastą, czerwoną czapkę panditów [czapka buddyjskich mędrców w Indiach lub Tybecie], który Rimpocze wkładał na głowę w kluczowych momentach ceremonii. Najsilniej zapisał mi się jednak w pamięci widok urzeczonej i przepełnionej szczęściem twarzy Rimpocze, spoglądającego w górę, kiedy przywoływał bodhisattwę, którego inicjację mi właśnie przekazywał. Wydawało się, że naprawdę widzi ich przezroczyste, tęczowe formy unoszące się przed nim w powietrzu. [...] Mandźiughośa został wywołany jako pierwszy, potem Awalokiteśwara, następnie Wadźrapani i na koniec Tara, tak że kiedy ucichł ostatni dźwięk rytualnego dzwonka Rimpocze, uzyskałem dostęp do praktyki sadhan tych czterech bodhisattwów. [...]

Trzy tygodnie po otrzymaniu czterech wangkurów od Khjentse Rimpocze spotkałem go znowu, tym razem w Kalimpongu. Zatrzymał się w Arunaczal, domu księżniczki Pemy Tseuden i jej męża, Tybetańczyka Pheunkang-sej [...]. Arunaczal był usytuowany niedaleko Wihary i rozpościerał się z niego jeszcze piękniejszy widok niż z mojej siedziby. Zastałem Khjentse Rimpocze z trudem spacerującego po ogrodzie i cieszącego się ciepłymi promieniami późnojesiennego słońca. Przy nim była Dakini jak i Kaczu Rimpocze, który w tym czasie zatrzymał sie u mnie i wyprzedził mnie z wizytą u Rimpocze. Ponieważ bardzo chciałem mieć fotografię swojego nauczyciela, umówiłem się wcześniej z profesjonalnym fotografem na wizytę, a Rimpocze zgodził się pozować do zdjęcia. Siedział w fotelu w ogrodzie, wyprostowany i pełen godności z rękami spoczywającymi na kolanach i delikatnie uśmiechając się. [zdjęcie powyżej] Na mą prośbę także Dakini zgodziła się pozować do fotografii. Domyśliłem się, że wyświadcza mi tym zaszczyt, ponieważ normalnie nie zgadzała się, żeby jej robić zdjęcia. Ale ze względu na jej duchową bliskość z Khjentse Rimpocze, zależało mi także na jej fotografii i być może domyśliła się tego.

Kaczu Rimpocze zapewnił mnie, że związek Khjentse Rimpocze z tą piękną młodą kobietą nie był natury seksualnej, chociaż nawet mi nie przyszło na myśl, że mógłby być takiej natury. Widząc ich razem nikt nie mógłby sobie wyobrazić, że łączy ich coś oprócz duchowego związku. Kaczu Rimpocze opowiedział mi, iż kilka lat wcześniej astrolog przepowiedział, iż Rimpocze umrze w wieku 57 lat. Inni wysocy lamowie jak i jego uczniowie usilnie więc go prosili, żeby przyjął „dakini” czyli duchową towarzyszkę, jako że w tradycji tantrycznej przyjęcie dakini mogło przedłużyć życie lamy, w ten sposób umożliwiając mu dalszy pozytywny wpływ na ludzkość poprzez nauczanie Dharmy. Na szczęście pod ręką była odpowiednia kandydatka na dakini w postaci córki sekretarza Khjentse Rimpocze i rok czy dwa lata temu Rimpocze „ożenił się” z nią. [...]

Kolejne dwa razy moje spotkania z Khjentse Rimpocze miało miejsce w Gangtoku, gdzie bywałem od czasu do czasu z wizytą i gdzie często dawałem gościnne wykłady, czasem na zaproszenie Maharadży Kumara z Sikkimu, a czasem na zaproszenie Apa Sahiba Panta, oficera politycznego Rządu Indii w Sikkimie. [...] Za pierwszym i za drugim razem poszedłem po prostu złożyć Rimpocze wyrazy mojego szacunku i za każdym razem otrzymałem od niego prezent. Pierwszy prezent to była thangka czyli malowany zwój z olśniewającą tradycyjną obramówką z chińskiego brokatu, osadzony w dwóch wałkach u góry i u dołu. Główną postacią na malowidle był szafranowego koloru Mandźughośa zamachujący się trzymanym w prawej dłoni płonącym mieczem Wglądu i Mądrości, podczas gdy w lewej dłoni trzymał łodygę białego kwiatu lotosu, na którego rozwartych płatkach leżała księga zawierająca święty tekst - Doskonałość Mądrości (Prajnaparamita). Po jego lewej znajdował się czteroramienny Awalokiteśwara, a z kolei po jego lewej ciemnoniebieski Wadżrapani w swej gniewnej postaci. Poniżej Mandźughośy była Zielona Tara, a powyżej niego w trzech rzędach ponad dwudziestu nauczycieli-ludzi, wśród których można było rozpoznać Buddę i Milarepę. Dwa gniewne bóstwa, jedno niebieskie i jedno czerwone, zajmowały odpowiednio lewy i prawy dolny róg malowidła, podczas gdy na prawo od księgi Doskonałości Mądrości znajdował się łańcuch pokrytym śniegiem gór. W dwóch górach widoczne były jaskinie, a w każdej z nich siedziała malutka postać w żółtej szacie. [zdjęcie zdjęcia thangki poniżej, przepraszmy za kiepską jakość]

Obraz nie został wykonany tak dobrze, jakby sobie tego życzył, oświadczył Khjentse Rimpocze, mimo iż było to dzieło jednego z najlepszych artystów, jakiego był w stanie znaleźć w Gangtoku. I rzeczywiście, mimo iż nie brakowało detali, to były one dość niedbale wykonane [...]. Ale byłem zbyt poruszony tym, że Rimpocze w swej dobroci sprezentował mi tę thangkę, namalowaną według jego instrukcji, żebym przywiązywał wagę do jakichkolwiek niedociągnięć. Co więcej, jak Rimpocze po chwili wyjaśnił, ta thangka miała specjalne znaczenie. Poprzez udzielone mi inicjacje przekazał mi esencję nauk wielkich mistrzów, którzy zostali na niej przedstawieni. Teraz stałem się jednym z ich duchowych spadkobierców i następców. Uśmiechając się następnie wskazał na odziane w żółte szaty postaci ukryte w jaskiniach - jedną medytująca, a drugą nauczająca. Obie były mną.

Co do drugiego prezentu, który otrzymałem od Khjentse Rimpocze, on sam zapewne nawet nie wiedział, że mi go dał, choć w moich oczach to nijak nie pomniejsza faktu, że uznałem to za prezent. Gdy zjawiłem się w pałacowej świątyni poproszono mnie, żebym zaczekał, ponieważ Rimpocze był zajęty. Musiałem czekać jakieś pół godziny lub dłużej i kiedy wyłonił się on w końcu z pomieszczenia znajdującego się głębiej w światyni, przeprosił mnie, że kazał mi czekać. Wyjaśnił, że lama bedący jego starym przyjacielem, właśnie zmarł i Rimpocze recytował dlań mantrę Wadżrasattwy. Recytacja mantry Wadżrasattwy! Te słowa natychmiast mną owładnęły. Poczułem się, jakby Khjentse Rimpocze udzielał mi nauki. Nauki, którą można by sprowadzić do stwierdzenia, że mantrę Wadżrasattwy należy recytować dla zmarłych. Od tego dnia, podążając za przykładem swego guru, recytowałem mantrę Wadżrasattwy, kiedy tylko słyszałem o śmierci kogoś, kogo znałem.

Więcej zdjęć z sesji fotograficznej zorganizowanej przez Sangharakszitę z Khyentse Rimpoche, jego dakini Tsering Chodron, Kachu Rimpoche oraz 8-letnim wówczas Sogyalem Rimpoche na stronie clear-vision.org

Lista uczniów Jamyanga Khyentse Rinpoche

Więcej po angielsku o Rimpocze na wikipedii oraz na stronie www.rangjung.com

Tags: , , , ,  

Leave a comment