Na tej stronie krótsze lub dłuższe reminiscencje czy myśli, które naszły ludzi po retritach/odosobnieniach zorganizowanych przez ośrodek Sanghaloka w Krakowie – czy kursach w Krakowie – a nawet parę wierszy. Czytając, warto pamiętać, że po paru dniach na takim wyjeździe na łonie natury, z medytacją, w pozytywnej atmosferze, percepcja naprawdę może się zmienić. Więc to, co ludzie napisali poniżej (mejlem czy smsem) nie służy gloryfikowaniu medytacji, buddyzmu, Sanghaloki czy kadzeniu prowadzącym, lecz jest szczere.
STYCZEŃ 2013
To mój pierwszy retrit w Triratnie. Jakkolwiek spodziewałem się czegoś nieco innego, wszystkie niespodzianki bardzo na plus. Wspaniali ludzie, niesamowita atmosfera, która zdawała się wyciągać z nas wszystkich najlepsze wersje samych siebie. Bardzo dużo metty w powietrzu. Wróciłem fizycznie wykończony (niedospanie, mróz), ale mentalnie wypoczęty jak nigdy.;) Wielkie dzięki za urozmaicenie praktyki, która dała mi bodźce do lepszego poznania swojej uważności i medytacji – w ciągu tych paru dni czuję, że dużo się nauczyłem, mimo stosunkowo niskiej koncentracji. Dla mnie działo się tak dużo, że nie udało mi się naprawdę skoncentrować i “osiąść” – być może dlatego, że byłem pierwszy raz i dostawałem mnóstwo bodźców. Mimo tego czuję, że wyniosłem dużo. Po raz pierwszy poczułem ogromną wartość praktyki metty, która wcześniej na mój racjonalny gust była zbyt touchy-feely, żeby ją traktować poważnie, czy tym bardziej do niej przykładać wagę.:) Rzadko wchodzę w tak górnolotne tony, co tylko potwierdza, że tych parę dni zapisało mi się w pamięci naprawdę wyjątkowo. Podsumowując – było cool, retrit gitara, polecam gorąco. 😛
(Filip)
1. Niektórzy z nas są jak raki – mają twarde i zimne pancerze, po to aby chronić miękki środek. Inni są bardziej jak ludzie – mają twardy kręgosłup i twarde mięśnie i dlatego ich skóra może być miękka i ciepła. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że czasem, w zależności od okoliczności, nasza skóra twardnieje jak pancerz, a czasem pancerz potrafi zmięknąć i stać się miękką i ciepłą skórą…
2. Po retricie jest się czasem w takim stanie jak rak po wylince. Trzeba chwilę posiedzieć w jakiejś bezpiecznej jamce, bo stary pancerz częściowo odpadł a nowy, adekwatny do zmian, jeszcze się nie urodził…

(Patryk)

Kiedyś po pierwszym wyjeździe poczułem, że jestem bardziej w sobie… “Zapadłem się” po kostki w siebie wtedy. Gdyby użyć metafory o chodzeniu po cienkim lodzie, z każdą medytacją, z każdym retritem zapadam się coraz głębiej. Ten lód złudzeń, błędnych wyobrażeń itp.. kruszy się coraz intensywniej. Mam w sobie ciepłe i wygodne miejsce do pracy nad sobą. Z każdym dniem bardziej lubię siebie, co przekłada się pozytywnie na świat zewnętrzny – gdy ja staję się swoim najlepszym Przyjacielem, to świat jest coraz bardziej przychylny dla mnie. Choć czasem d… boli od siedzenia, lecz dla duszy Praktyka jest ożywcza. Scala się ciało, umysł i dusza, dzieją się rzeczy, które choć są poza zasięgiem słów, nienazwane – to są pozytywne. Można by powiedzieć, że medytując szukamy siebie… Tak, szukam siebie, choć wcale nie czuję się zagubiony na tej Drodze. Spotykam na niej wielu wspaniałych Wędrowców. Idziemy razem przez chwilę, może nasze drogi się później rozchodzą, lecz pozostaje świadomość zjednoczenia we wspólnocie tych, którzy wyruszyli w podróż swego życia.

(Piotr, 01.02.2013, Częstochowa-Kraków)

sopatowiec

biały śniegiem

ciepły drewnem

kominkowym

duchem gosi

kotem tulny

klepny tłustym

zadem buni

(Nityabandhu)

LUTY 2012

tej zimy

w rytm

eskimoskiej samby

topi się lód.

niebo

sypie radościa

której nijak odśnieżyć.

(Nityabandhu)

(PATRYK, LIPIEC 2011)
Pozdrowienia z Krakowa. Dotarłem cało, choć dokładnie tak, jak żartowaliśmy, nie byłem w stanie jechać więcej niż 70 km/h. Ciekawe doświadczenie 🙂
(PAWEŁ, po styczniowym w 2010)
Retrit zima
Kot przycupnął u wejścia i zmrużył oko
Mruczy mruczek mantrę mantr
Zapach drewnianego dymu jak kadzidełko
Przepływa uważnie przez nietrwalość
Wiersz do szlachetnie urodzonego w Kioto
Sam sie przeczytał i poszedł na śniadanie
Podobno chrapałem dziś w nocy
a Sasirika znów się nie wyspała
Sople wiszą u krawędzi dachu
Kapie woda…
kapkapkap
Jeden… wdech wydech…
Dwa… wdech wychech…
Trzy… wdech wydech…
Cztery…
(MARCIN, po retricie w lipcu 2010)
Retrit wyostrza uważność. Jest przedsionkiem do miejsca, w którym rozumiesz, czym ona jest. Tak, jakbyś nareszcie usiadł pod właściwymi drzwiami i zajrzał na chwilę do środka, gdy ktoś je przypadkiem, albo z premedytacją, uchylił. Zaczynasz to rozumieć dopiero, gdy wracasz do codzienności i tamta ostrość patrzenia i rozumienia staje się wyraźnym,ale tylko wspomnieniem. (Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz.) Dla mnie to była okazja do przyjrzenia się, lekkiego przejrzenia, chwilowego wyobrażenia o tym, jak to jest, gdy dostrzegasz i potrafisz nazwać i zrozumieć swoje zachowania, reakcje, odczucia. Okazja, by na chwilkę obserwować swoje zagmatwanie w uwarunkowaniu. Bacznie i z zachwytem widzieć ludzi i i sytuacje, świat wokół siebie. To bardzo piękne doświadczenie: zachwyt jedzeniem, piciem, widokiem, uśmiechem, ciszą, mówieniem, medytacją, relacjami w grupie, drugim człowiekiem, psem i kotem. I bardzo otrzeźwiające – gdy widzisz siebie, walczysz ze sobą, jesteś ze sobą, czyli tam, skąd na co dzień uciekasz jak najdalej. Jest to tez doświadczenie bolesne – gdy widzisz, czujesz, albo słuchasz, z iloma demonami zmagasz się ty sam i ludzie, z którymi siedzisz w kręgu. Równocześnie doświadczenie (jak dla mnie) nieco laboratoryjne. Czułem się, jakbym na chwilę trafił w miejsce, gdzie właśnie po to jestem, żeby zrozumieć choć troszkę, przeprowadzić pierwsze proste doświadczenie. I być może zabiorę to “troszkę” do codzienności, być może zechcę pogłębić, być może utrzymać. A to zależy już tylko ode mnie.

Im dalej od retritu – tym bardziej go doceniam. Im dalej od retritu, tym bardziej chcę pojechać na kolejny. Jeśli da się utrzymać na co dzień tamtą przytomność umysłu – to ja tego chcę. Jeśli da się ją pogłębiać – tym bardziej. W moim świecie wymaga to dużo odwagi, postanowień, wytrwałości. W moim świecie taka przytomność umysłu na co dzień jest marzeniem. Po retricie wiem, że to marzenie da się spełnić.

(JACEK, po retricie w październiku 2010)

Piszę, żeby podziękować za retrit. W trakcie jego trwania byłem trochę zły na siebie, że nie przygotowałem się do niego i niewiele korzystam. A na pewno mniej niż mógłbym, gdybym normalnie medytował zamiast walczyć z sennością:) Jednak po raz kolejny życie totalnie zaskakuje. O ile wczesniejszy – lipcowy – dal pewne odpowiedzi, to ten pozostawil pytania – i może nawet przez to – jak się okazuje – był jeszcze bardziej cenniejszy.Jeszcze raz dzięki ogromne, niestety nie mam kontaktu do Szantaki, więc proszę Cię, przekaż mu odemnie ogromne podziękowania. Zrobiliście i robicie znakomitą rzecz.Pozdrowienia również dla wszystkich przychodzących do Sanghaloki.

(PARAMARTHA, po wyjeździe w lipcu 2010)

Just got on the plane – so thanks again guys, it really was great to spend time with you all, give my love to whoever turns up at Sanghaloka tomorrow.

.

.

(PAWEŁ, po odosobnieniu w styczniu 2010)

Posopatowcowo…zauważyłem, że mam ochotę na działanie i zabieram się za sprawy, które odkładałem w nieskończoność 🙂

(MAGDA, kwiecień 2010)

Wszyscy dokoła tacy nerwowi 🙂

Dziękuję Wam za ten weekend. Brak mi słów i śmiałości, żeby opowiadać, co mi dał. W skrócie: siłę i pewność.

(DAWID, 2009)

Jeszcze raz dziękuję za wyjazd, pomógł mi przemyśleć co nie co.

(MICHAŁ, 2008)

Co prawda buddyzm nie jest moja droga ale jest na tyle uniwersalny ze im wiecej buddyzmu tym lepiej dla czlowieka 🙂 (zwlaszcza w waszym wykonaniu 🙂

Dobrze, że jesteś i robisz to, co robisz. Wręcz dzięki bogu!!

Myślę, że to ma bardzo duży wpływ, bo gdy zmieniają się sami ludzie, to zmieniają też swoje relacje. Ja np mam już lepszy kontakt z sobą normalnie niż po alkoholu. To fantastyczne uczucie!

(MICHAŁ, 2010)

Czuję się wyjątkowo spokojny. Metta rulez!!!

(KONSTANCJA, 2007)

[po powrocie z retritu] Miasto jak wielki mechanizm…

(MACIEK, 2006)

Wolny od pragnień, zadowolony ze swego losu,
współczujący i gotów do poswięceń,
uspokajam umysł w medytacji.

I bez zbędnych słów,
z determinacją,
często sam,
w ciszy
madrości, nie wiedzy
szukając –
– podążam drogą czystej wolności.

(MACIEK, 2006)

Po retricie w Soblówce poczułem pewien przypływ energii, praktykuję żarliwiej, czuję się pewniej w tym, co robię na swojej scieżynce duchowej. Jeszcze raz dziekuję bardzo za ceremonie mitry. Był taki moment w czasie medytacji po ceremonii, w którym poczułem jedność, jakby rozpuszczenie się mojego ja w przestrzeni, a energia ukryta w ciszy pulsowała… Żal było kończyć.

(Karol, 2012)

Nie wiem jak to robicie, ale zawsze wychodzę z Sanghaloki pełny radości obojętnie w jakim nastroju tam dotrę 🙂 Dzięki!! Wesołych Świąt! 🙂

(EWA, 2004)

Moje retrity:

PIERWSZY: kiedy nie wiedziałam co znaczy retrit, co to jest.

Był lęk przed nieznanym, jakiś brak wiary w siebie, czy to co robię ma sens,

i jednocześnie gdzieś głęboko we wnętrzu, że powinnam spróbować.

Medytacji uczył nas Amarasiddhi, w tygodniu poprzedzającym retrit.

Chciałam dowiedzieć się więcej o buddyzmie, a medytacja wydawała mi się nie da mi tej wiedzy. Bo co może wyniknąć z tej „praktyki”, jakieś wyciszenie!? Ale gdzie tu poznanie buddyzmu? Oczekiwałam jakiś wykładów, dyskusji, nauk, a tu zasadniczo sama medytacja.

Wyjeżdżałam z poczuciem pewnego rozczarowania, byłam wypoczęta , może trochę wyciszona, ale nie tego oczekiwałam. Nie rozumiałam po co mi medytacja, bo przecież z niej nie dowiem się nic o buddyzmie.

W niedzielę po naszym rozstaniu, wstąpiłam na stację benzynową aby kupić ciastka, pani sprzedawczyni była trochę mało uprzejma i zanim zareagowałam, poczułam w sobie irytacje jej zachowaniem. Zamurowało mnie przez moment, poczułam jak tworzy się irytacja, i jak mogę ją odrzucić.

Był to moment, sytuacja nie powtórzyła się już tak wyraźnie, ale czułam, że coś się we mnie zmieniło.

Przez okres kilku tygodni irytowały mnie też mniej ludzkie zachowania, sytuacje itp. Potrafiłam być bardziej wyrozumiała .

Oczywiście powoli wchodziłam w swoje stare nawyki i schematy, ale nie do końca.

DRUGI RETRIT:

W lutym , marcu i kwietniu ze względu na podsumowania roczne na ogół pracuję ok.10 -12 godzin dziennie. I z tego zapracowania , zmęczona, zirytowana wyskoczyłam na retrit.

Był inny, bo dla części osób był drugim. Na pierwszy pojechałam nic nie wiedząc, ten drugi był jakby bardziej świadomym wyborem.

Inny, bo warunki mieliśmy inne, tzn. byliśmy my i retrit.

Moje zaskoczenie 9 osób w tak małym domu? Ale może dlatego, że większość rzeczy robiliśmy razem nie czuło się „tego tłumu”.

Mogę powiedzieć ,że lubię MEDYTACJĘ, nie rozumiem tego, po przecież to tylko pozornie siedzenie w pozycji i skupienie się na oddechu. Ale widzę, że zmienia mnie.

Bardzo ważne dla mnie są też rozmowy , bo rozmawiamy głęboko i szczerze, rozmawiamy a nie mówimy.

Z tego retritu wyniosłam refleksję, że nie jest prawdą moje powiedzenie „nie mogę tego zrobić”, że „to przekracza moje możliwości”. Była taka dyskusja z Jarkiem, i nagle jego słowa, że „widać nie próbowałam dostatecznie” – dotarły do mnie, trafiły. Do tej pory byłam pewna, że tego, lub tamtego nie potrafię, że to przekracza mnie. I wtedy dotarło do mnie, że ja sama sobie ustaliłam tą barierę, że tak naprawdę to nie wiem, bo nie próbowałam dostatecznie.

Widzę też, ze inaczej podchodzę do niektórych spraw, często nie wiem na czym ta zmiana polega, ale czuje ze jest to inaczej.

Były też dni zaraz po powrocie, gdy czułam inaczej i mocniej powiew wiatru czy zapach słońca. Świat był przez moment bardzo wyrazisty i taki bardzo odczuwalny.

(AGNIESZKA, 2004)

Wola Filipowska 2004.04.16-18

Upłynęło już trochę czasu odkąd byłam na odosobnieniu -retricie. Właściwie to prawie trzy miesiące. Niektóre rzeczy się zatarły, a inne zyskały z czasem większą klarowność.

Kwiecień dla mnie był miesiącem w którym miotałam się w pracy, która nie dawała mi satysfakcji. Ciężko pracowało mi się z moją szefową, kobietą bardzo despotyczną i wybuchową.

Poznałam Jarka i on właśnie zaproponował mi taki wyjazd na weekend odosobnienia.

Było to moje pierwsze spotkanie z Buddyzmem. Nie ukrywam tego, że wcześniej nie interesowałam się specjalnie żadną z religii. Posiadałam bardzo nikłe wiadomości na temat medytacji ale to też raczej rozpatrywałam jako ciekawostkę.

Nie wiedziałam co się robi na takim odosobnieniu, już sama nazwa była dla mnie tajemnicza.

Pojechałam jako odkrywca nowego i zarazem całkowity laik. O medytacji wiedziałam tyle tylko, że istnieje i tyle. Nigdy nie medytowałam, no bo po co. Żyłam jak żyłam i właściwie nie wiedziałam w czym może mi pomóc medytacja buddyjska.

Wyjeżdżaliśmy w piątek po 17, umówiliśmy się na dworcu. Wszyscy przyszli, przedstawiliśmy się sobie i poszliśmy razem na busa, który nas zawiózł do Woli Filipowskiej (to taka wiocha za Krakowem, na Garbie Tęczyńskim).

Ja byłam prosto po pracy jeszcze zmęczona, rozdrażniona. Jednak zmęczenie zaczynało przeradzać się w podniecenie i świadomość, że będzie się działo coś nowego.

Przyjechaliśmy na miejsce i od razu uderzył mnie zapach powietrza, przesycony wilgocią drzew. Cisza, świergot ptaków.

Miasto zostało za nami. To zadziwiające ale nastawiłam się na maksymalny odbiór wrażeń i wrażenia nadchodziły.

Wieczorem usiedliśmy wszyscy i jeszcze raz przedstawiliśmy się sobie nawzajem. Zrobiliśmy taki mały ołtarzyk z Buddą, prawda że ładny? 🙂
Amarasiddhi powiedział że nas wita i potem taki krótki wstęp, i trochę mówił też o pozycji podczas medytacji. Amarasiddhi, samą swoją obecnością już mi pomógł. No bo miałam świadomość, że wszyscy poza mną już kiedyś medytowali i wiedzą cokolwiek na ten temat, a ja zieloniutka.

Medytowaliśmy chyba 15 minut siedzieliśmy sobie i rozpoczęliśmy od uświadomienia sobie, że mamy ciało. Czyli nogi, biodra, tułów, ramiona, ręce, szyje, głowę, nawet włosy na głowie. Niby takie banalne ale … ale czy ja wcześniej zastanawiałam się nad wszystkimi częściami mojego ciała. Nie.

Czasem skupiałam się na jakiejś części podczas mycia albo w momencie gdy mnie coś bolało, a tak to raczej nie, po prostu ciało i tyle.

A tu zaskoczenie, MAM CIAŁO i potem zaczęłam je rozluźniać i jakoś się dobrze poczułam.

Potem zjedliśmy kolację, wspólnie przygotowaną i to bardzo mi się podobało.

Wspólnie lepiej smakuje, ale jest coś jeszcze. W naszym życiu spotykamy wielu ludzi ale często jesteśmy samotni mijamy się, w tramwajach na ulicach w korytarzach ale nie czujemy więzi z innymi. Myślę że podświadomie dążymy jednak do budowania takich małych grup, wspólnot. Tutaj to była mała grupa weekendowa 🙂

Było nas 4 kobiety i 5 mężczyzn. Spaliśmy w osobnych sypialniach. Wieczorem od 22.00 Amarasiddhi poprosił o milczenie aż do rana..

Było to trudne z uwagi na mnogość wrażeń, dla mnie wszystko było nowe, chciałam to przedyskutować a tu mam milczeć. A jednak się udało. (no prawie hihi).

Nie oczekiwałam nic szczególnego od retritu. Po prostu przyjechałam i obserwowałam uczyłam się, brałam aktywny udział w naszych spotkaniach, jeżeli czasem tematy na które rozmawiali inni były dla mnie mało zrozumiałe to, po prostu zajmowałam się czymś lub szłam sobie do ogrodu.

Ogród dawał wyciszenie, spokój który mnie wypełniał. Była wiosna, a ja miałam spadek formy. Chaos w pracy brak równowagi i spokoju w domu.

A tu spotkałam się z ludźmi, których coś łączyło-na krócej lub dłużej ale czuło się wzajemna sympatię.

Sobota poranek w ciszy, nadal ten spokój.

Myślę że miałam szczęście, że tak szybko zostawiłam za sobą Kraków i tamto życie, odzyskałam chwilowe wyciszenie jakże długo oczekiwane.

Miasto i praca, problemy były, ale w tym momencie Tu i Teraz byłam ja i coś jeszcze. Coś nowego i zarazem jakby znanego. Coś co było moje gdzieś we mnie, ale uśpione i czekało.

W sobotę medytowaliśmy w grupach ja byłam z Agnieszką, Jarkiem i Michałem (naszym nauczycielem), A w drugiej grupie była Ula, Ewa, Jarek :-), Michał (Misiu) i Amarasiddhi. Medytowaliśmy już troszkę dłużej. Skupialiśmy się na oddechach, liczyliśmy wdechy i wydechy. Nie umiem oddychać jakoś szczególnie, robię to nieświadomie, traktując oddech jako produkt uboczny egzystencji. O oddechu myślałam podczas pływania stylem klasycznym, wdech głowa pod wodę wydech. Cykliczność którą bardzo lubię. Teraz doświadczyłam, że oddech może mnie uspokoić wewnętrznie, pobudzić, no i coś fajniastego, oddech może mieć kolory ale o kolorach to nie będę tu pisać :-).

Jak na początek to całkiem nieźle. Pod koniec medytacji rozproszył mnie rumor dobiegający z pomieszczenia, w którym była druga grupa. No ale ponownie zaczęłam liczyć oddechy. Na temat medytacji dokładniej nie jestem w stanie pisać bo najlepiej to przedstawi nauczyciel. Tu opisuję moje i tylko moje wrażenia.

Po medytacji porannej, śniadanie i trochę czasu wolnego. Jarek został w domku, chciał porozmawiać z ludźmi, a ja chciała pobyć wśród przyrody. Poczuć chropowatą korę drzew, wiatr, posłuchać lasu. Zaprosiłam Michała żeby mi towarzyszył. Poszliśmy. I był to jeden z momentów który bardzo wiele mi dał. Mogłam z Tobą porozmawiać Michałku opowiedzieć moją historię, trochę poznać Twoją sytuację. To jak pojawił się Buddyzm w Twoim życiu. Idea retritów przez to stała się dla mnie jakoś bliższa. Mogłam podzielić się tym co się działo ze mną w danej chwili. Myślę, że wiele daje poczucie wspólnoty z innymi, ale otwarcie w moim przypadku następuje przy osobie której ufam.

Potem było już lepiej 🙂

Po spacerze była kolejna medytacja z oddechami i medytacja taka, że obdarzamy najpierw siebie, a potem innych miłością.

Kocham siebie, kocham osobę bliską, kocham osobę mi obojętną i kocham wroga (np. szefową), kocham świat. Nie jest to prosta medytacja zwłaszcza element z wrogiem i całym światem, ale bardzo ciekawa. W moim przypadku przestrzenna, obrazowa, kolorowa.

Potem był obiad i wycieczka spacer do ruinek zameczku.

Sobotni wieczór, podczas spaceru Amarasiddhi poprosił nas o zastanowienie się nad rzeczą, czy ideą, która będzie nam symbolizowała ten właśnie retrit. Wieczorem każdy zapalił swoją świeczkę i położył tą rzecz symbol razem ze wszystkimi innymi. Był to taki uroczysty moment. Wiele z przeżyć dotarło do mnie dopiero po powrocie do domu. Wyjazd mówiąc obrazowo potrząsnął mną, wyrwał trochę z tej monotonii.

Najważniejsze co dał mi ten retrit:

że spokój mogę znaleźć w sobie, energię tez w sobie, że istnieją ludzie, którzy są świadomi i emanują jakimś dobrem (mam na myśli Amarasiddhiego i Michała) mam dla nich duży szacunek.

Fajni jesteście gdybym mogła to w tym momencie bym was uściskała i ucałowała 🙂

Pokazaliście mi, że istnieje pewna droga….

Medytacja jest dla mnie przygodą, jest takim prezentem od Agnieszki dla Agnieszki.

Myślę że wiele rzeczy jak np. oddech robiłam całkowicie nieświadomie, ten wyjazd oczywiście nie zmienił mnie natychmiast. Właściwie to wiem teraz jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Ale wszystko przede mną.

Z medytowaniem w domu mam nadal problemy, robię to rzadko. Ale liczy się to, że zobaczyłam że jest coś do zrobienia z samym sobą. Praca nad sobą i zarazem szczęście.

Jeśli czytasz to i zastanawiasz się nad wyjazdem to powiem Ci. Jedź 🙂

Jeśli jesteś Buddystką/Buddystą to na pewno możliwość dyskusji z nauczycielem dużo Ci da.

Jeżeli nigdy nie miałaś/miałeś kontaktu z Buddyzmem, medytacją, jedź bo i tak się będziesz świetnie bawić.

Odkryjesz nowy świat wewnątrz Ciebie coś co jest w tobie. To może zabrzmieć pompatycznie ale tak właśnie się stało w moim przypadku.

Jeżeli nic nie odkryjesz no to co, ale pobędziesz z otwartymi ludźmi. Odpoczniesz.

Jeżeli szukasz czegoś i nie wiesz właściwie czego, to może taki retrit ci jakoś pomoże.

Tylko jedna sprawa, jedz na ten wyjazd, jakby to była wyprawa w nieznane zakamarki dżungli. Ja tak zrobiłam. Złapałam małego zwierza, taką kruszynkę świadomości.

I ostatnie, bez chemicznych wspomagaczy też można zobaczyć kolorowy oddech, lub poczuć nieistniejący dotyk , wystarczy tylko trochę pomedytować hehe.

Powyższe zdanie może nie jest jakoś, mądre ale przecież Budda też kiedyś był w naszym wieku.

Piszę takie głupoty bo jakoś mnie naszedł, dziwaczny humor hihi.

Agnieszka

P.S. To nie jest pozycja medytacyjna. Ale to jestem ja.